Wrzesień

3

Jestem w ciąży

Moja ciąża przebiegała prawidłowo, poprzez non stop chodziłam do pracy. Tydzień przed terminem porodu (w/g badań USG ), poszłam na chorobowe w oczekiwaniu na przyjście na świat mojego pierwszego dziecka. Według badań USG poród miał przypadać na 21-go maja, a w/g mojego lekarza prowadzącego na 29 -go maja. Miałam wyznaczoną wizytę kontrolną na dzień 22-ego maja, na którą udałam się do własnego lekarza. Po zbadaniu mnie, zmierzeniu ciśnienia lekarz stwierdził ze wszystko jest w porządku i moje maleństwo jeszcze musi odrobinę poczekać, zanim przyjdzie na świat….”widać jeszcze mu się nie spieszy…”. Po wizycie udałam się do mieszkania, nieświadoma, co mnie spotka już na drugi dzień. Przedtem moje znajome ostrzegały mnie ze mam już bardzo obniżony brzuszek i wyłącznie czekać, kiedy będzie maleństwo. Około godziny pięć rano obudziłam się i poczułam ze coś się ze mną dzieje, wyszłam do toalety i zauważyłam ze odchodzą mi wody płodowe. Obudziłam męża prosząc, by mnie zawiózł na porodówkę. Ponieważ mieszkaliśmy razem z teściami, moja teściowa słysząc szum w mieszkaniu również się obudziła i zaproponowała, ze pojedzie z nami na porodówkę. Był chłodny i deszczowy poranek i jeszcze nie było ruchu na drogach, wiec dotarliśmy dosyć prędko na miejsce, czyli do szpitala. W izbie przyjęć na porodówce przeżyłam długie chwile małego koszmaru, w porównaniu z tym, co miało w przyszłości nastąpić. Zostałam zbadana poprzez lekarza dyżurnego, a za chwilę był poranny obchód i zbadało mnie jeszcze paru lekarzy, między innymi mój lekarz prowadzący. Bardzo trudno sobie wyobrazić, co czuje kobieta jak nad nią stoi paru facetów lekarzy i kilka pielęgniarek a ja siedzę na ginekologicznym fotelu i z mojej intymnej części ciała leje się woda. Niemniej jednak to jeszcze nic, słyszałam o tym, że tak będzie i jakoś to trzeba było przetrzymać. Po wizycie lekarzy zrobiono mi lewatywę, potem wzięłam prysznic. Ponieważ mój przyjazd do szpitala był trochę poprzednio niż się spodziewam nie zabrałam, ze sobą kilku rzeczy między innymi żyletek, niemniej jednak panie pielęgniarki miały rezerwy na tego rodzaju sytuacje. Po czynnościach przygotowawczych założono mi na brzuch specjalny aparat, aby można było śledzić oddech mojego maleństwa, , a ponadto czy zaczynają się skurcze porodowe. Leżałam tak w izbie przyjęć poprzez około 2 godziny w oczekiwaniu na akcje porodową, dla mnie ten czas wydawał się o wiele dłuższy, a tu wciąż nic się nie działo. W związku z tym zostałam przeniesiona na sale porodową razem z pełnym sprzętem monitorującym moje skurcze i oddech dziecka. Tu zajęła się mną pani położna, która miała być przy narodzinach mojego dziecka. Na salę porodową doszyły jeszcze dwie panie, które tez czekały na akcję porodową. Do mnie, co jakiś czas przychodził mój lekarz prowadzący z zapytaniem czy się coś dzieje, a ja na to…że nieustannie bez przekształceń… Podjęto decyzje, ażeby założyć mi kroplówki, które miały spowodować sztucznie skurcze porodowe. Mijały godziny dla mnie ten dzień był jednym z najdłuższych dni w życiu, a jak się w przyszłości okazało i też noc była długa i ciężka. Otrzymywałam, co jakiś czas telefony: od męża, naszej mamy i teściowej. Ja bardzo chciałam, aby w czasie porodu mój mąż był blisko mnie, gdzieś w pobliżu na terenie szpitala, ale on musiał być w pracy. Zmieniono mi kroplówki na nowe a ja dalej nie miałam akcji porodowej, według lekarzy nie było również stosownego rozwarcia. Po pewnym czasie zaczęłam posiadać bóle, ale jak stwierdziła pani położna patrząc na zapis, skurcze są jeszcze małe i musimy wciąż czekać. Dwie panie, które ze mną leżały czekały na cięcie cesarskie. Obydwie przyszły w późniejszym czasie ode mnie, ale dużo poprzednio doczekały się na przyjście na świat osobistych niedużych pociech. Ja czekając na przyjście mojego dziecka, słyszałam płacz maleństw z sali operacyjnej, w szczególności jedno maleństwo utkwiło mi w pamięci jak się urodziło trzy razy sobie kichnęło, było to z pewnością urocze kichnięcie. Chciało mi się bardzo pić, ale mi zabroniono, byłam tez już bardzo wyczerpana, ponieważ jadłam dzień uprzednio i jak już wspomniałam byłam w szpitalu od godziny 7 rano. Nastąpiła zmiana dyżurnego lekarza, znowu zostałam zbadana poprzez lekarza kończącego dyżur i nowego, który zaczynał dyżur. Obydwaj lekarze, , a dodatkowo położna i ordynator stwierdzili ze poczekają ze mną jeszcze trochę na akcję porodową, a jak się nic nie będzie działo to czeka mnie cięcie cesarskie, ponieważ nieustająco wyciekają wody płodowe i nie można będzie dłużej czekać, ażeby nie zagrozić życiu dziecka…

Wrzesień

3

Tyszanka jedzie na stypendium do Japonii

16-letnia Anna Saternus z Tychów jest jedną z 15 osób w Europie i jedyną Polką, która pojedzie na 5-miesięczne stypendium w Japonii. Wyjedzie w połowie sierpnia, by poznawać kulturę, zwyczaje i doskonalić język japoński.

Ania ma nadzieję, że w Japonii nauczy się tego, co dla niej na razie najtrudniejsze: używania języka odpowiednio do sytuacji, rozmówcy. – Bo tam duże znaczenie ma, jaki jest status społeczny danej osoby. Inaczej się rozmawia z osobą starszą, inaczej z koleżanką. To zróżnicowanie dotyczy słownictwa i form gramatycznych – wyjaśnia Ania.

Jak mówi, na razie nie wie, gdzie dokładnie pojedzie. Mieszka się u japońskiej rodziny i uczęszcza do japońskiego liceum, dzięki czemu można dobrze poznać kulturę, zwyczaje danego kraju, a przede wszystkim doskonalić japoński.

16-latka na razie nie snuje planów, co będzie robić w przyszłości. Jest pewna, że stypendium jej się przyda. Nie obawia się wyjazdu, choć zdaje sobie sprawę, że znajdzie się daleko od domu, w innej kulturze, do której będzie musiała się dostosować. Ania odważnie na to patrzy. Mówi, że trzeba być odważnym, chcąc coś osiągnąć.

Pismo, jak mówi, nie sprawa aż takich problemów, jak mogłoby się to wydawać. Podstawę stanowią hiragana i katagana (systemy pisma sylabiczncgo). Oprócz tego jest kanji, czyli znaki pochodzenia chińskiego. Jak mówi, nie brakuje w języku japońskim słów, które brzmią podobnie, a znaczą co innego (np. hashi to pałeczki i most), ale z kontekstu można się wszystkiego domyślić.

Nabór organizowała Ambasada Japonii w Polsce. Ania opowiada, że trzeba było pojechać do Warszawy i napisać test – z języka angielskiego i japońskiego. Z Polski zgłosiło się około 100 osób. Z tej grupy tylko 8 osób zaproszono na rozmowę kwalifikacyjną (również po angielsku i japońsku).
Uczyć się języka japońskiego tyszanka zaczęła 2 lata temu – sama, z kursem dla początkujących, który znalazła w Internecie. Od pół roku doszlifować co trzeba pomaga jej absolwentka japonistyki.

Wyjazd zorganizowało dla licealistów z całej Europy Ministerstwo Spraw Zagranicznych Japonii. 16-letnia Ania Saternus informacje na ten temat znalazła przypadkowo w Internecie. Jako że pasjonuje się językami obcymi (zna perfekcyjnie angielski, uczęszcza do dwujęzycznej klasy z językiem hiszpańskim w II LO im. M. Konopnickiej w Katowicach, uczy się japońskiego), postanowiła spróbować.

Kategorie: all, o jak ogólne
Komentarze są wyłączone

Wrzesień

3

Stanisław Kluza

Stanisław Kluza o niskim przyroście naturalnym w Polsce ,Załamanie demograficzne w Polsce jest bardzo duże na tle wysokorozwiniętych gospodarek Unii Europejskiej” powiedział Stanisław Kluza, aktualny przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Stanisław Kluza obawia się, iż niekorzystne zmiany demograficzne, może pogłębić migracja Polaków ciągle opuszczających Polskę. W ostatnich latach odnotowuje się coraz większy spadek liczby ludności w Polsce. Stanisław Kluza słusznie zauważa w felietonie dla Money.pl, iż Państwo, żeby z tym walczyć, powinno zmodyfikować system podatkowy, na bardziej przychylny rodzinom posiadającym dzieci. Właśnie rodziny boja się posiadać dzieci, ponieważ nie wiedzą, czy będą w stanie je utrzymać – konkluduje Stanisław Kluza.

Wrzesień

3

Wszystko o biletach

Jeden z podróżników będący w Indiach miał okazję bawić się na jednej z miejskich zabaw odbywających się za tajemniczymi czerwonymi drzwiami. Wymysł? Skądże. Prawda. Bilety na imprezy w Delhi, stolicy Indii zdobywa się ciężko. Jednak dla wszystkich, którzy potrafią się wgryźć w odpowiednie środowisko nie jest czymś nowym bywanie na zamkniętej uroczystości organizowanej poprzez jednego z księciów, których w Indiach nie brakuje. Dla przybyszów z Zachodu dostanie się na imprezę jest łatwiejsze o tyle, że z reguły dysponują oni większym zasobem kasiorki niż potencjalny Hindus. A jak wiadomo pieniądze dadzą przepustkę omal wszędzie. Ów podróżnik o którym mowa wejściówkę na imprezę w jednym z najbardziej tajemniczych miejsc Delhi czyli palarni opium stylizowanej na lata 70. XIX wieku zdobył od przechodnia na ulicy. Czyżby bilety na imprezy zostały rozdawane byle jaki byle komu? Nic z tych rzeczy. Biały przybysz miał zwyczajnie szczęście. A że odważnym szczęście sprzyja wobec tego nie wahał się w wykorzystaniu oferty. Okazało się, że palarnia jest miejscem zakazanym dla wszystkich osób pochodzących z niższych kast, bo należała do jednego z hinduskim namiestników prowincji. Bilety na imprezy dawał on raz w tygodniu swoim służącym, którzy sprzedawali je za dość pokaźne sumy. Kaprys dostojnika czy hojność? Raczej to pierwsze.